Nasza weekendowa podróż objęła Przełęcz Przegibek, Straconkę, Międzybrodzie Bialskie i Górę Żar.

Oto jakie nauki stamtąd wyniosłam :)

1. Jeśli myślisz, że największą atrakcją wyprawy na sanki są sanki, to się mylisz – to nadal jest termos :)

2. Jeśli chcesz dostać order uśmiechu za smażenie po nocy kurczaka na zimowy piknik na stoku oraz szykowanie wypasionych kanapek do auta – to zapomnij o tym – dzieci i tak wolą mufiny ze stacji benzynowej :)

3. Jeśli mniemasz, że masz niezły głos i dzieci chętnie posłuchają Twoich piosenek w samochodzie - to się grubo mylisz – zaraz po pierwszych słowach usłyszysz “Munia nie śpiewać!” :(

4. Jeśli się łudzisz, że dzieci spojrzą na obiektyw kiedy je o to poprosisz, byś mógł zrobić fotkę, to naprawdę karmisz się mrzonkami – zawsze znajdzie się coś ciekawszego co przykuje ich uwagę :)

5. Nigdy nie przejmuj się pobrudzonymi na kolanach spodniami – one się tobą nie przejmują ;)

6. Jeśli usłyszysz na stoku głośne: Ułaka! Ułaka! Ułaka! – to się szybko usuń – oto pędzi na Ciebie zapalony narciarz bez nart :)

7. Zanim zaczniesz ciągnąć dzieci na sankach, robić z nimi slalomy i kręcić karuzele – dobrze się zastanów – bo inaczej będziesz do końca dnia słyszał: “Jeście! Jeście! Jeście!!!”

8. Jeśli jesteś już spakowany, wszyscy siedzą w samochodzie i myślisz, że możesz już jechać – najprawdopodobniej się mylisz – zawsze znajdzie się ktoś, kto musi jeszcze napić się kubka herbaty przed podróżą i koniecznie zrobić to  na zewnątrz, bo… bo tak :)

9. Nigdy nie wybieraj się w podróż z nowoczesną dziewczynką, jeśli nie masz ze sobą przygód Boba Budowniczego (lub innego szołmena)

10. Jeśli planujesz, że po intensywnym zimowym weekendzie, będziesz miał wreszcie długi wieczór dla siebie – to zmień plany, bo i tak zrobią to za Ciebie Twoje dzieci :)

*****

Inne nasze wyprawy:

 . .  .

Ognisko na Magurce  /  Nadwiślański piknik  /  Podróż do krainy Dinozaurów

Słońce, odwilż, maluchy dopadły huśtawki w ogrodzie, sami je oczyścili ze śniegu (matka wytarła resztki swoim szalikiem) i nie było zmiłuj – musiałam ich posadzić i bujać.

Humory wspaniałe, tirli tirli, hi hi, ha ha i nic nie zapowiadało burzy do momentu kiedy przyszła pora na wysiadanie. Horror i masakra w duecie. Dla mnie oczywiście. Aż się popłakałam z wysiłku i złości kiedy te dwa klocki nie mogły się unieść a mi zaczęło brakować sił na wydźwignięcie ich i oswobodzenie, blokowały się buty, kombinezony stawiały opór, oni zaczęli płakać, matka krzyczeć (już jesteście tacy duzi, że sami powinniście umieć wyjść! (ciekawe jak !? ) – no po prostu dramat. Wydawało się, że najlepszym rozwiązaniem będzie uciąć linki i pozwolić im wrócić do domu z krzesełkami na pupie. W końcu jednak udało mi się ich uwolnić ale jak wpadłam do pokoju to rzuciłam się na fotel wołając w nerwach: Nic, nic, nic ode mnie nie chcijcie! Mam dość! I siedziały te dwa smutki w kombinezonach na podłodze, próbowały się jakoś rozebrać a ja nawet nie chciałam na to patrzeć. I nagle zdarzyło się coś, co się zdarza pewnie tylko małym dzieciom i psom – przyszli mnie rozbawić, pocieszyć, przeprosić ( a przecież to ja krzyczałam). Arturek zaczął mi zdejmować buty i uśmiechać się z tym swoim czarującym, zawadiackim spojrzeniem. Jak się poczułam? – jak najgorsza matka mająca najlepsze dzieci. Jakież proste, emocjonalnie proste jest życie z takimi maluszkami. Płaczą ale łzy szybko schną, krzyczą ale zaraz zapominają o co, z najgłębszej rozpaczy przechodzą natychmiast do największej radości i żadne smutki nie trwają długo. Piszę to pełna wzruszeń bo wiem, że wkrótce przyjdzie czas dąsów, fochów i obrażania się o wszystko, na wszystkich i na zawsze i takie wspomnienia będą jak odległe wyspy beztroski, na których życie było nieskomplikowane. By sprawić im jakąś przyjemność pojechaliśmy do sklepu sportowego (jeździmy tam nieraz by się rozerwać, pogimnastykować  i wyszaleć za free ;)

Na koniec zacytuję liryczne słowa, które lubię powtarzać sobie dla otuchy na przedwiośniu. Bo tak, moi drodzy, zima osiągnęła właśnie swój półmetek, teraz będzie już inaczej. Nadejdą zmiany.

Już wkrótce zdarzy się cud
Kiedy płatki śniegu roztopią się na twojej rękawiczce
Pies zaszczeka osiem razy
A potem umilknie
Następnie dzwon na wieży kościelnej wybrzmi tylko raz
A budzik
Zatrzyma się za pięć jedenasta
To będzie początek zmian.
(Liska, Daleko od siebie)

Luty. Za chwilę Lusiowe urodziny. Dwa latka. Wspominam sobie Jej przedwczesne przyjście na świat (miała się urodzić w kwietniu) i rozmyślam … o problemach wcześniaków, o tym przez co przechodzą i o ich dziecięcej mądrości. Od razu uprzedzam – wpis będzie długi więc tylko dla Lusiowych sympatyków :)

Ostatnie tygodnie ciąży to czas, kiedy mózg dziecka nabiera umiejętności wyłączania się od nadmiaru bodźców. Lula tego czasu nie miała. Bombardowały ją wrażenia a ona nie miała broni by sobie z nimi poradzić. By zdecydować, które przyjmie, które odrzuci. Powódź bodźców. Brak filtra. Skrajna podatność na irytację. Wiedziałam, że będziemy miały dużo pracy nad układem nerwowym, nad napięciem mięśniowym, nad różnymi rzeczami. Ale Lusia też wiedziała i uruchomiła wszystkie siły by sobie poradzić. I to mnie wzrusza bardzo.

Wyciszał ją ruch liniowy więc uczyła nas jak mamy bujać, w jakim tempie i z jaką amplitudą. Potem odkryła, że uspokaja ją głębszy ucisk więc jeśli przytulać to mocniej, zamiast delikatnego głaskania wolała masaż. Później przyszło odkrycie, że uspokajająco działa też samodzielne pobudzanie czucia głębokiego i zaczęło się podnoszenie ciężkich misiów, dźwiganie kołderek i poduszek, przeciąganie koca z Arturkiem, wczołgiwanie się pod nas i domaganie się zgniatanek.

 

Chodzenie, równowaga i napięcie mięśniowe też sprawiały pewne kłopoty ale tyle wyzwań sobie stawiała, tyle ćwiczeń wymyślała, że poradziła sobie. Teraz doszedł wielki boom na naukę mówienia i razem z Arturkiem dają popis dziecięcej intuicji.

 Prawidłowe oddychanie i mięśnie artykulacyjne ćwiczą przez dmuchanie ping pongów, piórek, oblizywanie palców, talerzyków, strojenie do siebie min i inne wynalazki własnego autorstwa.

Kontrolę posturalną i napięcie mięśniowe ćwiczą przez wymyślne pozy na dwóch lub jednej nodze, chodzenie na palcach i popisy ekwilibrystyczne przeczące grawitacji. Zwłaszcza próby stania na głowie i rękach przyprawiają mnie o zawał, a normą stało się już wskakiwanie na meble i wygłupy głową do dołu. Wiem, że tak stymulują przedsionek, którego dobra praca jest niezbędna w nauce mówienia, ale przyznam – sporo mnie to kosztuje.

Lubię też patrzeć na nich jak wirują w tańcu lub dzikim obłędzie. Arturek nigdy nie lubił się kręcić, żadne karuzele czy fotele obrotowe nie wchodziły w grę. Kanały półkoliste miały długie wakacje aż do momentu kiedy przyszła pora na naukę mówienia. Teraz obrotom nie ma końca – warunek jednak – sam musi decydować ile i jak. Śmieję się, że wraz z mówieniem naprawdę zawirował mu świat.

 A mi serce wiruje ze szczęścia, że dzieci tyle wiedzą jak sobie pomóc, tak potrafią słuchać własnych potrzeb. Na Lusiowe urodziny będę jej życzyła by nie zatraciła tej umiejętności słuchania siebie i robiła to co jej organizm podpowiada. Arturek gdy jest chory zjada całe cytryny, Lusia poprawia sobie hemoglobinę wcinając całe buraki. I niech tak zostanie :)

Ach, plus jeden! Jak miło! Minus 19 jest niehumanitarne. Powiem za Arturkiem: Doś! Doś! Doś!

Co prawda przypłaciłam tę zmianę temperatury okropną migreną ale coś za coś ;) Przynajmniej mieliśmy w domu prawdziwy dwudniowy floor time, bo leżenie na dywanie było jedyną opcją by dzieci myślały, że się z nimi bawię i by mieć ich na oku. Co prawda jedyne co mówiłam to mhm, yy, i zlituj się, ale daliśmy radę. Z tego wszystkiego Arturek powiedział Krzychowi przed myciem zębów: “Tatu źlituj sie” :D i z wrażenia Tatko odpuścił. Oj niedobrze :)

Gdy tak leżałam i stękałam to wzrok fiksował mi się na różnych banałach. A to pootwierane szafki w kuchni, a to wysunięte szuflady, a to otwarty słoik dżemu, który stał i schnął. Badałam bezsilnie napięcie w sobie i gdyby nie niemoc, wstałabym i pozamykała to wszystko. Ale spojrzałam na winowajców. Arturek miał stopę obklejoną cukrem, Lusia – jak ją ojciec z rana pokolorował – tak sobie domalowała jeszcze kilka esówfloresów i będąc taka w paski i kropki dmuchała sobie piórko. No luz, totalny luzik.

Amerykanie mają taki idiom: “wrapped too tight” – dosłownie zapakowany zbyt ciasno (w gorset wychowania…? kultury…?). Idiom mówi o ludziach, których wszystko “dżaźni”. Mnie by chyba “dżaźnił” cukier między palcami, no, na pewno wkurzały mnie te szuflady. Ale przypomniałam sobie Arturkowy taniec po piankach, które ułożył krzywo i którym zgubiło się kilka elementów - nic mu to nie przeszkadzało, by tańczyć jak w transie. Przecież i tak było super, co z tego, że nie kompletnie. Pomyślałam też o samolocie, który dostał śmigiełko z tyłu a nie z przodu. I co z tego? Przecież i tak był śliczny. W sam raz.

Jaki to cudowny wiek mieć dwa, trzy lata. Nic nie “dżaźni”. Na terapię przychodzą czasami ludzie, którzy na przykład wszystko układają w kolorach tęczy. Romantycznie? Nie, dziękuję. Nerwica natręctw, wewnętrzny mus – wszystko dokładnie według kolejności barw po przejściu światła przez pryzmat: ręczniki na półce, kubeczki w szafce, książki w witrynce, kredki u dziecka w piórniku, żadnych odstępstw. Mus to mus. Inaczej napięcie nie do zniesienia. I tak leżąc i patrząc na Smerfy zastanawiałam się kiedy jest początek. Ile razy rodzic musi powtórzyć: ułóż, zasuń, zamknij, domknij, zapnij, porządnie, nie tak, po kolei, jeszcze raz … by wszczepić wirusa, by grubo przesadzić. Owszem, jeśli ktoś jest “zapakowany zbyt ciasno”  to może mieć to wrodzone lub nabyte przy okazji np. zaburzeń okołoporodowych (tak zwane dysfunkcje modulacji sensorycznej w tworze siatkowatym pnia mózgu), mogą to być inne neurologiczne problemy, ale powiedzmy sobie szczerze – jako rodzice też bywamy winni. Moja kumpela powie mi zaraz: tacy też są potrzebni. Naturalnie, bez perfekcjonistów i estetów świat nie byłby tak “dopieszczony”. Mhm. Tymczasem moje Smoki bawią się w najlepsze i do pedanterii im daleko. I dobrze. Na ostatniej domowej imprezce mój kolega śmiał się ze mnie gdy zatkałam butelkę koniaku dziecięcą skarpetką, bo akurat była pod ręką, a korek gdzieś się zapodział. Więc może ze mną też nie jest źle? A może jest, tylko inaczej? Nic to, poczekam na następną migrenę i wtedy to przemyślę :)

Nasz poranek rozpoczął się jak zwykle od zabaw balonowych /jeszcze nam nie minęło ;) Dzieci goniły się na piętrze i nagle zobaczyłam u nich ten błysk w oku …

Skoro tak … czemu właściwie nie? I otworzyliśmy balkon by zobaczyć czy pofruną. Dmuchane były siłą Arturkowych stóp (ma swoją ukochaną pompkę) więc nie uciekły nam jak te z jarmaków napełniane helem lecz zatańczyły na balustradzie i poleciały z podmuchem wiatru do ogrodu.

Widok lecących baloników - dla mnie miły i relaksujący – nie zatrzymał dzieciaków. Widać nie mieli w planach kontemplacji  i zbiegli na dół.

Najpierw trzeba je było złapać (co nie było łatwe przy Raselku ganiającym w obłędzie) a potem Munia nie miała wyjścia i musiała je trochę powiązać.

Była też przejażdżka i Mamusia biegnąca z balonami ;)

Powiem tak – cieszył mnie ten dzień, choć jestem padnięta. Gdy tak biegaliśmy z Arturkiem po polach z balonikami w ręku a Luluś patrzył na nas ze swojego drewnianego rydwanu uzmysłowiłam sobie, że oto jest szansa na pierwsze Lusiowe wspomnienie. Z badań wynika, że najwcześniejsze wspomnienia sięgają czasu mniej więcej od drugich urodzin – płat potyliczny i kora wzrokowa są już na tyle rozwinięte by świadomie zachować obrazy. Może właśnie dziś powstał ten pierwszy trwały ślad? Może …

Z takimi rozmyślaniami wróciliśmy do domu, gdzie kończył się właśnie piec nasz chlebek. Zapach piękny, szkoda tylko, że niewiele mieliśmy poza tym ;) .No, może  jakaś fasolka ze słoika. Trudno - albo obiad, albo matka biegająca z dziećmi po polach z balonami. Zjedliśmy co było :)

Za oknem spacerowały sarenki, a po ogrodzie goniły się pojedyncze niesplecione balony. To tu, to tam. Dzieci biegały od okna do okna – skąd one mają tyle siły!??

Teraz śpią. Pozdrawiam Was cieplutko i też chyba się położę :)

Gdy siedzisz, siedź.
Gdy jesz, jedz.
Gdy chodzisz, chodź.
Gdy mówisz, mów.
Gdy słuchasz, słuchaj.
Gdy patrzysz, patrz.
Gdy dotykasz, dotykaj.
Gdy myślisz, myśl.
Gdy grasz, graj.
(…)
        /N. L. Grady, When Singing,  Just Sing/

.    

Zapożyczyłam tytuł z ksiażki Jona Kabata – Zinna bo to upomnienie warte jest uwagi.  Przynajmniej w moim przypadku, bo mimo, iż dzieci są wspaniałymi nauczycielami podejścia tu i teraz, ja mam skłonność do czasowych przemieszczeń. A już przy składaniu prania, segregowaniu skarpetek czy odkurzaniu to na mur beton mnie nie ma :) Gorzej jednak gdy nie ma mnie też przy czytaniu książeczek czy rozmowie z nimi (wiem, że to niedopuszczalne ale gdy mam 10 razy powtórzyć : ”Tak, pociąg ma 5 wagonów i wiezie 4 świnki i wszyscy razem jadą do zamku” to naprawdę włącza mi się auto pilot). Cenię praktykę uważności, szczególnie cenię moich dwóch ślicznych małych mentorów, ale sama potrzebuję wysiłku umysłowego by nie uciekać wciąż myślami. Ponoć stare nawyki można porzucić w każdej chwili i przy najzwyklejszej czynności, ponoć. Ja próbowałam i pudło. Tym razem postanowiłam zabrać się za to w stymulującej scenerii i namówiłam rodzinę na wyjazd w góry. Zawsze to łatwiej nie myśleć o niebieskich migdałach i skupić się na chwili bieżącej, gdy wokół piękne widoki, dobre jedzenie i Rod Steward, którego puszczaliśmy sobie na okrągło. Nie wiem, czy przez tę płytę odtwarzaną do znudzenia moje dzieci same nie porzuciły praktyki uważności ale mam nadzieję, że nie :) Moi mistrzowie będą mi potrzebni by mnie wspierać bo postanowiłam tym razem się przyłożyć. A oto jak sobie ułatwiłam start w duchu “bądź tu i teraz” :)

Zaczęłam od tej anegdoty, której autorem jest Arturek, bo bawi mnie to wspomnienie nieprzerwanie. Otóż Arturek, jak przystało na dwu-trzy latka przechodzi okres buntu, osładza go nam jednak dołączanym każdorazowo “nie to nie”. “Masz ochotę na zupkę?” “Nie. Nie to nie” i tak dalej. Czasami zamiast tego, jest “Nie, dzięki” i mamy na przykład: “Arturku, trzeba posprzątać” – “Nie, dzięki”. Nic dodać, nic ująć ;) Tak więc zostają mi negocjacje, ale sama jestem poniekąd sobie ‘winna’, gdyż słowo “nie” szanuję. I tak przyjdzie im się kiedyś zmierzyć z podkopywaniem ich poczucia wpływu na własną rzeczywistość, więc ”nie” pielęgnujemy i traktujemy jak złotą monetę. Nie na darmo wszakże “nie” jest jednym z pierwszych słów, w jakie dzieci wkładają całą swoją energię. Zaraz po słowie “Mama” (hi hi). Jestem wielką zwolenniczką teorii, że dzieci przychodzą na świat z zaprogramowanym optymalnym planem rozwoju (w którym jest także okres buntu), i najlepsze, co rodzice mogą zrobić to im nie przeszkadzać zanadto, pomagać im rozpoznać ich wewnętrzny potencjał i wspierać je. Co jednak począć, jak w przypadku mojego drugiego dzieciątka, gdy ten wspaniały proces nabywania świadomości własnej woli jest zakłócany przez brata? Oto Lusia w typowej reakcji na propozycję:

Tak, tak, tak. Mój Luluś kochany jest pro, jest zawsze na tak, bo z Arturkiem i jego szybkimi zapytaniami nigdy nic nie wiadomo, a właściwie wiadomo tyle, że jak się nie odpowie natychmiast “tak” – to przepadło. Arturek jest konkretny i kategoryczny: “Nie, to nie” spada jak błyskawica i już jest po ofercie. By Lusia mogła uszczknąć cokolwiek z bogactwa wspaniałosci, w których posiadaniu jest Artur (bo dla niej oczywiście wszystko co ma On w danej chwili jest boskie) musiało się moje Dzieciątko nauczyć szybkiego “TAK”. I tak zamiast “nie”, mamy ”tak.” Zawsze tak, a przecież Luluś nie ma jeszcze dwóch lat! Jeszcze ma czas na naginanie się, dostrajanie i takie tam cywilizowane sru tu tu tu. Jeśli więc ktoś zapyta mnie czy wolałabym, by dzieci nie przechodziły okresu “nie”, odpowiem za moim Synem: “Nie, dzięki! Wolę, by go przechodziły.” I cieszy mnie, gdy widzę takie obrazki i słyszę konkretny bunt :)

Powiem za mistrzem Jedi – “Niech moc będzie z Wami!” :)

Zacznę od dwóch cytatów, które uwielbiam:

“Jeśli twoja chatka zupełnie zniknęła z powierzchni, nie narzekaj. Masz jeszcze spory zapas śniegu, z którym możesz zrobić, co chcesz.”
.
“Wciąż pada śnieg. I mróz bierze. Jednakże nie mieliśmy ostatnio trzęsienia ziemi.”
.

Dla takich słów i takiej postawy warto obchodzić dzisiejsze ‘święto’ :) To jest dzień bohaterów, którzy się nie poddają, dzień niezmordowanych optymistów, poproszę mi zaszczepić trochę tego podejścia :)

Moje Skarbusie jeszcze malutkie i nie czytaliśmy wspólnie przygód Kubusia i jego przyjaciół, ale mini-obchody urządziliśmy sobie, by zawsze pamiętać po co sięgnąć, gdy sprawy staną się zbyt skomplikowane. Bo przecież:

“Nie wszyscy mogą i któryś z nas też nie może. I w tym cała rzecz.”

Ot i co!

Kilka fotek, jak nam płynął dzisiejszy dzień, a potem deser: cytaty z Puchatkowych opowieści :) Moje ulubione :) Gdyby ktoś miał ochotę poczytać ciekawy wpis o historii Kubusia polecam zajrzeć tutaj.

(Na marginesie: Carrefoury właśnie wyprzedają na wagę bajkowe podkładki śniadaniowe - kupiliśmy cały zestaw za dwa złote z groszami – polecam, bo świetnie się na nich rysuje zmywalnymi pisakami. Poniżej właśnie jak dzieci kolorowały, potem przecierały i znów kolorowały)

A tu mała przekąska :)

” – Powiedz, Puchatku – rzekł Prosiaczek – co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
– Mówię: „Co też dziś będzie na śniadanie?” – odpowiedział Puchatek. – A co ty mówisz, Prosiaczku?
– Ja mówię: „Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego”.
Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
– To na jedno wychodzi – powiedział. “

Malowaliśmy też balony /cały czas są u nas na topie ;) / Co prawda zmywalne pisaki średnio się sprawdziły, bo barwnik się zlewał po śladzie ale nie mieliśmy innych (oj matka, matka, musisz się zaopatrzyć jakoś do prac plastycznych ! – to było do mnie ;)

A teraz cytaty! Tadaam!

“Jeśli wskutek nadmiernego jedzenia utkniesz w drzwiach frontowych czyjegoś domku, będziesz zmuszony pozwolić swemu gospodarzowi używać twoich tylnych łapek zamiast wieszaka na ręczniki. Cóż, tak to bywa.”

.

“To bzykanie coś oznacza. Takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu. Jeżeli słyszę bzykanie, to znaczy, że ktoś bzyka, a jedyny powód bzykania, jaki znam, to ten, że się jest pszczołą.”

*

Pst – teraz cytat, przy którym – dam głowę – uśmiechnie się mój Brat:

“Jeżeli posiliłeś już swego gościa, a on wciąż spogląda tęsknie w stronę spiżarni, prawdopodobnie chce ci powiedzieć, że mógłby się posilić jeszcze bardziej. Objaśnij mu, że to nie prawda.”  :D :D :D

.

I taki, który mógłby polubić Rasel:

“Jeśli chodzi o mnie, to nie znoszę tego całego mycia. Nowoczesna bzdura, i tyle.”

..

I słowa, które wypisz wymaluj pasują do Arturka, bo przecież zawsze:

“Można szukać Bieguna Północnego albo bawić się w „lata ptaszek po ulicy”, albo łapać ptaszki w sidła – to zupełnie obojętne.”

.

I mruczanka, którą na pewno polubiłaby Lusia, gdyby już umiała tak mówić :

Im bardziej pada śnieg,
      Bim – bom
Im bardziej prószy śnieg,
      Bim – bom
Tym bardziej sypie śnieg
      Bim – bom
Jak biały puch z poduszki.
I nie wie zwierz ni człek,
      Bim – bom
Choć żyłby cały wiek,
      Bim – bom
kiedy tak pada śnieg,
      Bim – bom
Jak marzną mi paluszki.

:D

I na koniec Puchatkowy cytat dla Was moi drodzy Blogoście (określenie zapożyczone wiecie z kogo? Czy tylko mi się wydawało, że Julie & Julia robią furorę? ;)

“Lepszy niewielki aplauz niż żaden, choćby był z lekka pozbawiony zapału.”

.

No nic,  jak nie zostawicie komentarza, to trudno, bo w końcu 

 ”Co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to?”

Buziaki :D

Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, zdrowia, zdrowia, zdrowia przede wszystkim i dziękujemy za przepyszne przyjęcie :)

Przeczytałam kiedyś takie zdanie: “Nasze życie to zbiór rytuałów, które przeplatają i uprzyjemniają pory zabaw i odpoczynku” i pomyślałam: “To nicponie!” Ale prawda jest taka, że teraz my możemy powiedzieć o sobie to samo ;) No, przepraszam, ja trochę pracuję : piorę, sprzątam, gotuję i takie tam, ale te dwa łobuzy – mogłyby się pod tym podpisać. Ostatnio wymyślili zabieranie zabawek na dwór i tak mijają nam poranki, a popołudnia należą do balonowych wariacji.

Następna strona »